Kasia- mama Olka

Cześć, jestem mamą Olka. W wersji oryginalnej było „Bolka”, a całość dotyczyła nauki sikania do nocnika. Jest to nadal jedna z ulubionych książeczek Olusia, choć przeznaczona jest dla dzieci jakieś 3 lata młodszych… Skoro o dzieciach będzie mowa, prezentacja z literatury dla bobasów jest jednak jak najbardziej na miejscu.

Oluś ma 5,5 roku. Jest naszą perełką, kochanym skarbem i naszym domowym, osobistym kosmitą. Przy Olusiu żadne ziemskie zabiegi po prostu nie działały. Na przykład nie spał. Do dziś oglądamy zdjęcia, na których Oluś ok. 2-miesięczny ogląda z Tatą mecz bokserski. O 2 w nocy. Oluś krzyczał i to naprawdę donośnie, a ja ciągle go nosiłam (upominana przez babki i ciotki, że krzyczy, bo rozpieszczam). Ciągle jadł i wydawał się nie najadać, chociaż karmiłam go piersią co jakieś 45 minut. Szybko z resztą z tego zrezygnował i „dojarka” stała się moim osobistym przyjacielem. Niezwykle szybko zaczął natomiast mówić. Mam do dzisiaj nagranie, na którym woła mnie, siedząc w krzesełku w kuchni: „Mama, mama, mamoooooo”. Miał wtedy 6 miesięcy. Potem było „tata”, „daj pić”. Śmiał się głośno, uwielbiał kontakt z nami, był taki pogodny (kiedy nie miał kolek). Pamiętam, kiedy powiedziałam do Taty, patrząc na jego piękne, okolone długimi rzęsami i wiecznie roześmiane oczy: „wiesz, on przynajmniej na pewno nie będzie miał autyzmu”. Nie wiedziałam wtedy, jak wiele postaci może mieć ta zmora na „a”…

Gdy Oluś miał 19 miesięcy urodzi się Juli, pyzaty i spokojny. Nie płakał dniami i nocami, wsuwał mleko, rósł i spał. Tak łatwo było złapać z nim kontakt emocjonalny, że zaczynałam się zastanawiać, czy może to ja dorosłam wreszcie do roli rodzica, czy może Olusia – wiecznie głodnego, zmęczonego i krzyczącego jako niemowlę – było trudniej kochać? Trudniej było go kochać i wtedy, gdy – mając już 1,5 roku – znowu przestał spać i krzyczał całymi dniami. Upłynęło dużo czasu zanim ostatecznie do nas dotarło, że nasze starsze dziecko przestało się rozwijać. Kiedy poszliśmy pierwszy raz do „specjalisty” Olek miał już 2,5 roku i był dużo bardziej kontaktowy niż kilka miesięcy wcześniej. Nadal nie mówił wiele (w zasadzie tyle samo, ile mówił w wieku 1,5 roku) i miał bardzo ograniczone zainteresowania, podobnie jak dietę – składającą się głównie z bułek, makaronu, rosołu i pierogów ruskich. Był jednak bardziej „z nami” i wydawało się, że wychodzi z tego… Dlatego też większość „specjalistów” odsyłała nas z kwitkiem, jak tylko udało im się złapać z dzieckiem kontakt wzrokowy. Ostatecznie wyrok „zaburzony” przypieczętowało pójście do przedszkola. Dziecko, które przyzwoicie funkcjonowało w bezpiecznym domowym środowisku, wyraźnie odstawało od grupy.

Słowo na „a” padło, gdy Olek miał ok 3 lata, a ja zawlekłam go do kolejnego specjalisty (tym razem bez cudzysłowu) – do Ośrodka Wczesnej Pomocy Psychologicznej w Krakowie, gdzie przyglądali mu się wiele miesięcy i kręcili głowami. Diagnoza została postawiona dopiero rok później. Poszłam po nią sama. Trzy miesiące wcześniej kupiłam pierwszą książkę z „a” w tytule. Stałam długo przed półką w księgarni, ciągle wypierając rzeczywistość, choć Oluś funkcjonował bardzo źle. Prawie nic nie jadł w przedszkolu, był bardzo osłabiony i nieszczęśliwy, miał ciągłe biegunki, a dystans rozwojowy pomiędzy nim i jego rówieśnikami powiększał się. Kupiłam jednak tę książkę i przeczytałam. Potem poszłam na warsztaty o bioautyźmie i dowiedziałam się, jak wiele można zrobić, a „a” to nie wyrok.

Teraz wiem, że można dziecku pomóc tylko wtedy, gdy nazwiemy autyzm autyzmem i pogodzimy się z tym. Nie wszystkie przypadki są oczywiste. Wtedy zaczyna się długa i trudna droga, podczas której popełnimy wiele błędów i nieraz będziemy u kresu sił. Choć na pewno nie jesteśmy jeszcze blisko sukcesu, to już mam przekonanie co do jednego: naprawdę warto. Nagrodą jest spokojne i pogodne dziecko oraz normalne życie rodzinne.