Jak to z tą pizzą naprawdę było….

Oluś uwielbiał pizzę.  Niewiele rzeczy naprawdę lubił, więc starałam się jak mogłam, żeby przygotowywać mu ją regularnie – nauczyłam się robić piękne, pszenne ciasto na drożdżach, smarowałam grubą warstwą sosu pomidorowego, układałam wędlinę i obficie posypywałam serem.  Osiągnęłam taką wprawę, że cały proces do włożenia pizzy do pieca trwał może kilka minut. Warto było, bo Olek-niejadek pochłaniał całość, a ja nie musiałam udawać, że jestem samolotem, kukułką lub wędrownym teatrzykiem. Szybko jednak się okazało, że szkodzi mu krowie mleko – miał po nim biegunki i bóle brzucha. Ser do pizzy zastąpiłam więc kozim i wydawało się, że jest dużo lepiej. Pizza z kozim serkiem smakowała bosko…. J

Przyszła zima 2014 / 2015 i dwu-i-pół letni Oluś czuł się źle (zawsze trochę gorzej czuje się w zimie – nie pomaga krakowski smog….). Ale wtedy przestał rosnąć i zupełnie opadł z sił, a ja naprawdę nie wiedziałam, jak mu pomóc. Wiedziałam, że jest jakiś problem z wchłanianiem składników odżywczych z pożywienia, a moje regularnie karmione i zadbane dziecko tak naprawdę głoduje. Pojechaliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka do Warszawy, gdzie przebadano go pod kątem chorób metabolicznych, jednak wyniki nie dały odpowiedzi na pytanie, co się z nim dzieje. Zastanowił mnie jedynie wynik badania kwasów organicznych, które wykazało podwyższone markery wskazujące na silną nietolerancję kazeiny (białko obecne w nabiale). Podpowiedział mi to z resztą dr Google, gdyż nie zwrócił na to uwagi żaden z prowadzących lekarzy. Zauważyłam też, że im więcej Oluś wchłaniał owej pysznej pizzy z kozim serkiem, tym mniej przytomnie patrzył i zamykał się w swoim świecie.

Pizza, moje danie-pewniak, została pozbawiona serka i stała się bardziej podobna do podpłomyka z wędliną i sosem pomidorowym (przez jakiś czas posypywałam ją jeszcze „serkiem” kokosowym, ale jego skład skutecznie mnie zniechęcił). Co ciekawe, zmiana wyszła nam na dobre, gdyż Oluś nie protestował i znowu poczuł się jakby lepiej.

Niedługo później trafiłam na pierwsze książki dotyczące znaczenia diety w autyzmie i  zwróciłam uwagę, że problem z kazeiną ma bardzo wiele dzieci z zaburzeniami rozwoju. Drugim problematycznym białkiem miał być gluten. Dlaczego? Bo to są najtrudniejsze białka do strawienia przez człowieka i problemy metaboliczne (deficyty niektórych enzymów)  powodują, że organizm dziecka nie może sobie z nimi poradzić. Trawi je tylko częściowo, a produkty tego procesu (na wpół strawione białka) są pożywką dla grzybów, które niszczą jelita. Pojawiają się alergie, a „dziurawe” jelita przepuszczają to, co do krwi (i mózgu) trafiać nie powinno.  Niektóre z tych substancji (zwłaszcza pochodzące od glutenu i kazeiny) zaburzają wręcz pracę mózgu i dlatego powinny być wyeliminowane z diety naszych dzieci.  

Nie widziałam wówczas negatywnego wpływu glutenu na funkcjonowanie Olusia. Trudno mi było sobie wyobrazić ich wyeliminowanie, gdyż buła i makaron nadal królowały w jadłospisie małego niejadka. Zdecydowałam się jednak spróbować. Efekty nie były widoczne od razu (gluten bardzo długo pozostaje w obiegu), ale po pewnym czasie okazało się, że mój zatwardziały kluskożerca jest gotowy na spróbowanie nowych rzeczy, których wcześniej nie wziąłby do ust. Pizza na spodzie z mąki ryżowej i gryczanej też mu smakowała (wyrzuciłam też drożdże, które nie są optymalnym rozwiązaniem na diecie przeciwgrzybicznej). Wyeliminowanie glutenu nie uzdrowiło Olka, ale znacznie poprawiło jego funkcjonowanie, nastrój, sen, koncentrację… Gdy czasem zdarzyło się, że zjadł trochę zwykłego makaronu, można było się przekonać, jak bardzo myliłam się co do wpływu glutenu na Olka – biedaczek płakał i zrzędził przez całe popołudnie.

To jednak nie jest koniec historii ewolucji pizzy. Gdy Oluś skończył 4,5 roku zaczęliśmy chelatować metale ciężkie (o tym napiszę innym razem). Ten proces bardzo często prowadzi do rozrostu drożdżaków w jelicie i także w jego przypadku trudno było się ich pozbyć. Czytałam o diecie specyficznych węglowodanów (SCD/GAPS) polegającej w uproszczeniu na wyeliminowaniu skrobi (czyli wszystkich zbóż) z diety, która miała być bardzo skutecznym narzędziem do walki z tymi patogenami. I okazała się naprawdę skuteczna! Poprawa mowy, rozumienia, kontaktu, zmniejszenie stymulacji przyszły bardzo szybko. Pizza pozostała z nami, ale na spodzie z podpłomyka z mielonego siemienia lnianego,  mielonych pestek dyni i słonecznika. Całkiem smaczny patent, choć musiała zostać zjedzona natychmiast po wyjęciu z piekarnika (spód szybko nasiąkał). Szynkę do pizzy marynowałam i piekłam sama, aby oszczędzić dziecku obciążonemu nadmiarem toksyn konieczności radzenia sobie z dodatkami do żywności (obecnymi nawet w ekologicznych wędlinach).

Dieta SCD, która uzdrowiła jelita i głowy wielu dzieciom podobnym do Olka, nie okazała się na dłuższą metę rozwiązaniem optymalnym. Po ok. 3 miesiącach przyszedł regres, stymulacje i złe samopoczucie. Rozpoczęłam wówczas współpracę z Dr i to ona wpadła na to, że Olek może mieć mutację genetyczną, która wyklucza możliwość stosowania diety wysokobiałkowej przez dłuższy czas. Chodzi o tzw. gen CBS, którego mutacje skutkują zwiększoną produkcją metabolitów siarkowych i amoniaku (który powstaje także przy rozkładzie białek). Tak tez było w przypadku Olusia (potwierdziło to badanie genetyczne), któremu groziło już zatrucie amoniakiem – musieliśmy więc ograniczyć białka i produkty wysokosiarkowe (np. warzywa kapustne). Na pizzy było niewiele domowej wędliny, a do ciasta zaczęłam znowu (poza siemieniem, pestkami dyni i słonecznika) dodawać mąkę ryżową… Pomogło, Olek znowu normalnie zasypiał.

Wreszcie, Dr zwróciła mi uwagę na problem z salicylanami, który był widoczny na badaniu OAT i badaniu genetycznym. Występują one w bardzo wielu produktach, w tym warzywach i owocach, ale przede wszystkim w aspirynie. Niektórzy ludzie po prostu ich nie tolerują, z uwagi na słabsze enzymy (np. PST) i szacuje się, że problem ten dotyczy ok. 70% dzieci z ASD. Salicylany kumulują się w organizmie, czego efektem są m.in. szumy w uszach, bóle uszu i głowy, nawet bóle stawów! Po przeczytaniu dwóch książek o nietolerancji salicylanów uświadomiłam sobie, że te bóle w nóżkach/rączkach, zaburzenia wzroku, niespodziewane „zapalenia” uszu u Olka, to mogły być właśnie salicylany! Ehhhhh…

Teraz w kuchni wisi lista pokarmów wysoko i niskosalicylanowych, zupy gotujemy raczej z dyni i marchewki, a nie z cukinii czy papryki. Biedna pizza pojawia się rzadko na stole, a jeśli już – niewiele jest na niej sosu (raczej świeże pomidory) i przypraw. Nie ma za to problemów z niespodziewanymi bólami głowy / kończyn czy uszu u Olka.

Historia ewolucji Olusiowej pizzy pokazuje, jak niezwykle ważna jest dieta w przypadku dzieci z ASD. Nasze dzieci są słabsze, ich układy pokarmowe gorzej funkcjonują i eliminacja tego, co najbardziej im szkodzi (zaczynając od glutenu i kazeiny) jest ważnym wstępem do leczenia. Czasami sama dieta czyni cuda i uzdrawia, a o takich przypadkach czytamy w książkach (np. „Autyzm bez łez”). Jednakże nawet jeśli interwencja dietetyczna nie rozwiąże wszelkich problemów rozwojowych, daje dzieciom szansę na poprawę zdrowia, nastroju, na szczęście. Z obolałym brzuszkiem, zamazanym polem widzenia i chaosem w głowie naprawdę trudno jest małemu człowiekowi podołać wyzwaniom tego świata

Kasia- mama Olka