Różne jak płatki śniegu

Oluś zawsze był „atypowy”. Przytulał się, potrzebował aprobaty, dotyku. „Chcę być grzeczny”, mówi. Zależy mu na tym, jak jest postrzegany przez tych, których kocha. A Oluś naprawdę umie kochać J Postępuje trochę nieśmiało, trochę przekornie (nie, nie pokażę ci, jak bardzo tęskniłem, gdy byłaś na delegacji), ale trudno nie zauważyć, jak bardzo mu zależy. Taki austa-nieautysta. Dr P, doskonały osteopata, mówi, że takiego „autysty” to on jeszcze nie widział – dziecka, które potrafi tak zaufać, tak dobrze rozumie, że to wszystko dla jego dobra…  Jednak tyle rzeczy jest tak „typowych”, że trudno jest zaprzeczyć, że Olek został w jakiś sposób został dotknięty przez zmorę na „a” i postawiona przez psychiatrę (po dłuuugich obserwacjach i dywagacjach) diagnoza była trafna. Pomimo, że po słowie „autyzm” wpisano „atypowy”.

Im więcej o tym myślę, im więcej czytam, tym bardziej jestem przekonana, że po prostu współczesna medycyna nie jest w stanie poprawnie nazwać tego, co przytrafiło się naszym dzieciom, a takich „atypowych” jest bardzo wielu. Istnieje już pewna zgoda co do tego, że autyzm, podobnie jak wiele zaburzeń rozwojowych i chorób psychicznych, ma podłoże biochemiczne (choć niekoniecznie w polskim środowisku medycznym). Największym problemem jest jednak to, że mianem „autyzm” określa się wiele różnych przypadków, często zupełnie odmiennych. Innymi słowy, nasze dzieci mają często różne podłoże tych samych lub podobnych problemów i niestety, nie wszystkie sprawdzone sposoby leczenia działają w każdym przypadku.

U nas dość spektakularnym przykładem była chelatacja kwasem alfaliponowym (ALA). Dlaczego ją podjęliśmy? Z badań włosa wynikało, że Oluś jest obciążony metalami ciężkimi i (prawdopodobnie) innymi toksynami. Metale ciężkie w dużym skrócie zaburzają wiele podstawowych procesów zachodzących w organizmie ludzkim, a szczególnie wrażliwym organem jest mózg. Dzieci z problemami rozwojowymi mają często nie najlepsze mechanizmy detoksykacji (usuwania toksyn) i akumulują je z różnych źródeł (z powietrza, pożywienia, szczepionek, środków czystości…). Dlatego niektóre dzieci wymagają pomocy w usunięciu tych toksyn, z których najtrudniej usuwa się metale ciężkie (zwłaszcza rtęć). Robi się to za pomocą tzw. chelatorów, czyli substancji, które mają zdolność wychwytywania i wyprowadzania z organizmu dziecka tych niepożądanych gości. Jednym z nich jest naturalna substancja – ALA, oraz wiele innych mniej naturalnych np. DMPS. Podaje się je według specjalnego protokołu, co określoną ilość godzin (nawet w nocy), należy najpierw zrobić dokładne badania, obserwować dziecko, odpowiednio suplementować itd. Niemniej, jeśli możemy przeczytać w książkach o „cudach” związanych z wyleczeniem dzieci autystycznych (nie cudach, tylko trafieniu w sedno problemu moim zdaniem), to wiele z nich dotyczy właśnie chelatacji.

U nas też taki mały cud się zdarzył. Po zrobieniu mnóstwa badań zaczęliśmy od chelatacji niskimi dawkami DMPS, co miało byś wstępem do chelatacji ALA. ALA ma tę właściwość, że potrafi przekroczyć barierę krew-mózg i wyprowadzić rtęć z mózgu. Dr Cutler, autorytet w tej dziedzinie, twierdzi jednak, że najpierw warto oczyścić inne tkanki, aby nie doszło do redystrybucji rtęci do mózgu (tj. żeby nie trafiło tam jeszcze więcej rtęci z innych tkanek). W tym celu używa się np. DMPS, który ma opinię dość bezpiecznego, choć niekoniecznie najskuteczniejszego chelatora. Jednak po paru 3-dniowych cyklach chelatacji Olek nagle… zaczął mówić używając poprawnie gramatycznych zdań! Zaczął mówić o sobie w pierwszej osobie!!! Byliśmy pod wielkim wrażeniem. Spodziewałam się, że wielki cud nastąpi po ALA. Tymczasem… po kilkunastu cyklach DMPS wprowadziliśmy i ALA i po prostu nie byliśmy w stanie kontynuować. Wiedziałam, że chelatory mogą czasowo pogorszyć samopoczucie Olusia z uwagi na mobilizację metali ciężkich i szybki rozrost drożdżaków w jelicie, dla których wysokosiarkowe chelatory są doskonałym pożywieniem. Jednak po ALA Olek dochodził do siebie długo, za długo. Podjęliśmy próbę jeszcze raz, pół roku później, z podobnym skutkiem, i wiem, że już nie będę próbować. Pomimo, że ALA jest naturalną substancją, dostępną w każdym sklepie z suplementami i że pomogła tak wielu dzieciom, jest nie dla Olusia. Do dzisiaj nie wiemy, dlaczego. Z jakiegoś powodu Oluś lepiej toleruje „chemiczny” DMPS.

Innym przykładem, o którym wspominałam, jest dieta SCD / GAPS, o której pisałam w poprzednim poście. U nas działała fantastycznie, dopóki… nie nastąpił regres. Zapewne jest to dieta-cud dla wielu dzieci z podobnymi problemami, ale nie dla Olka. Niestety.

Takich przykładów jest wiele, zwłaszcza jeśli chodzi o suplementację.  L-karnityna miała pomóc z deficytem energii i obniżonym napięciem mięśniowym (zalecenia wynikające z badania OAT), tymczasem po zupełnie niewinnej dawce Oluś nie miał sił, aby pójść na spacer. Dobrze, że wszystko wprowadzałam pojedynczo i szybko zorientowałam się, co tak źle podziałało. Z drugiej strony Olek bardzo dobrze toleruje tran, którego nie może pić wiele dzieci (i bardzo go lub!). I tak dalej…

Najważniejsze, aby pamiętać, że nasze dzieci – nawet jeśli zostały przez medycynę wrzucone do jednego worka z napisem „autyzm” – są tak naprawdę różne jak płatki śniegu. Dr Wiliam Walsh, w doskonałej książce o naturalnym leczeniu różnych zaburzeń i chorób psychicznych podkreślał, że każdy człowiek ma indywidualny, niepowtarzalny profil biochemiczny.  Że nawet takie schorzenia jak schizofrenia nie są jednorodne i ludzie z podobnymi objawami mogą potrzebować czegoś zupełnie innego, aby wyzdrowieć.

Gdybym miała wskazać coś, o czym można powiedzieć, że zawsze działa w przypadku ASD i na pewno nie zaszkodzi, powiedziałabym: dieta bezglutenowa, bezcukrowa, najlepiej bez kazeiny, oparta na świeżych, ekologicznych składnikach i dobrze zbilansowana. Cała reszta musi być dobrana indywidualnie, w zależności od potrzeb konkretnego dziecka. Dlatego musimy robić badania. Warto się nastawić także na to, że leczenie biochemiczne może nie być pasmem sukcesów. Trzeba próbować różnych terapii (jeśli takie zalecenia wynikają z badań), wprowadzać wszystko po kolei i uważnie obserwować. Niektóre rzeczy będą działać spektakularnie, inne okażą się spektakularną porażką. Pomimo tych trudności, na pewno warto podjąć wyzwanie. Po pierwsze, nie ma niestety innej alternatywy. Na pewno nie jest nią pozostawienie spraw swojemu biegowi, bo dzieci bardzo potrzebują naszej pomocy. A może Wasz przypadek jest mniej „atypowy” i zadziała coś prostego, oczywistego? Po drugie, jeśli prowadzimy leczenie na podstawie odpowiednich badań i mamy choć trochę intuicji, bilans jest zazwyczaj dodatni. Nawet jeśli nie wszystko zadziałało tak, jak zadziałać miało, mam przecież dużo spokojniejsze, szczęśliwsze, lepiej komunikujące się dziecko. Bezcenne. Za resztę (za badania) trzeba niestety słono zapłacić..